Archiwum - października 2014

Dwa pokolenia pamięci 31. października 2014 08:14:00 Komentarze (0)
linkologia.pl spis.pl

    Jutro Święto Zmarłych, cmentarze tłumnie odwiedzają pielgrzymki aby w modlitwie pochylić się nad swoimi bliskimi, złożyć kwiaty, zapalić znicz i uczcić pamięć swoich bliskich. Smutne to święto, bo tych których kochaliśmy, szanowaliśmy, lubiliśmy nie ma między nami. Pozostaje wiara, że gdzieś egzystują i jest im lepiej, a kiedyś my będziemy z nimi.

 

    Przy okazji tego wydarzenia można zauważyć jak bardzo świadomość śmierci, niebytu, ucieka młodym pokoleniom, z drugiej strony istnieje sztywna granica pamięci i swoich bliskich, która wynosi średnio dwa pokolenia. Kiedy trzecie przychodzi na świat, dziadkowie są dla nich często odległym wspomnieniem, zaś wycieczka na cmentarz bardziej rozgrzewa telefon niż znicz.

 

    Niestety, ale poza kawałkiem kamienia i ławką nic po nas nie zostaje. Są zdjęcia, krótkie filmy, ale dla dalszych pokoleń, ludzie którzy odeszli są coraz częściej zbiorem literek na nagrobku, a z czasem i on przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Tak jak dla nas, ludzie w średnim wieku, groby pradziadków czy prapradziadków są często formalnością do wykonania podczas obrządku Święta Zmarłych, tak my za kilkadziesiąt lat popadniemy w niepamięć. Co widać po grobach starych, zaniedbanych przez cały rok, by w ten jeden dzień ktoś sobie przypomniał „Ach, i jeszcze odwiedzimy babcię Gienię!”. A kto to jest?

 

    O śmierci wolimy nie myśleć, przecież ona nas nie dotyczy, a jednak cmentarze wywołują niechęć, jakby gdzieś w świadomości każdy z nas wiedział, że prędzej czy później będzie mieć własne miejsce spoczynku, że przez jakiś czas będzie odwiedzany, a potem... stanie się kolejnym nagrobkiem, jakich wiele, porzuconych i zapomnianych.

 

    Ale przynajmniej raz w roku, jak Kościół nakazuje, nawet ci zapomniani mają swoje święto i istnieją w świadomości na tę krótką chwilę.

 

Niewidzialni 28. października 2014 12:00:00 Komentarze (0)
linkologia.pl spis.pl

    Co roku tysiące ludzi ulega wypadkom i traci trwale zdrowie, dziesiątki tysięcy osób zapada na ciężkie choroby, bardzo duża liczba z nich dowiaduje się, że leczenie, czasem walka o życie, kosztuje ogromne ilości pieniędzy, których nie posiadają. I najprawdopodobniej nigdy nie będą mieć na leczenie, powrót do zdrowia, na przeżycie.

 

    Pierwszym odruchem obronnym jest zbiórka pieniędzy przez akcje charytatywne. Wszak środki trzeba mieć, aby myśleć o lepszym życiu albo o życiu w ogóle. Tutaj zbierający odkrywa, jak straszna jest rzeczywistość, jak niewiele osób, zaledwie garstka, chce pomóc. Na własnej skórze czują brak empatii ze strony bliźnich, są porzuceni. Niewidzialni.

 

   Gdyby zrobić statystykę obejmująca osoby poszkodowane zakładające fundację na rzecz pomocy sobie i innym, najpewniej 99% tych poszkodowanych nigdy nie brało udział w akcji charytatywnej, nie podarowało dobrowolnie 10 złotych na inną osobę, więc skąd nagle oni chcą współczucia? Po prostu nagle sami są w potrzebie, a ratunku nie ma. W wywiadach często przeprowadzanych przy okazji jakiejś akcji, jej prowodyrzy (rodzice, opiekunowie, znajomi), mówią o tym, jak ciężko jest zebrać ileś tam gotówki na leczenie pani Ygrek, która dziwnym zrządzeniem losu założyła fundację miesiąc po wypadku. Gdzie była wcześniej? Otóż, nie była w potrzebie. Wychodzi na wierzch hipokryzja, która jest częścią składową naszego społeczeństwa, bo przecież nikomu nie trzeba pomagać, poza nami samymi.

 

    Parę dni temu TVN wyemitował materiał o akcji „Kokosy na włosy”, w której grupa znajomych zbierała środki na zakup peruki o wartości 7200zł dla swojej koleżanki Alicji. Alicja choruje na rzadką odmianę nowotworu. Na antenie TVN jej koleżanka z radością oznajmiła, że zaangażowali do akcji ponad 3000 osób i zebrali 6000 złotych. Gratuluję tego sukcesu, ale zastanawiam się, czy to w ogóle jest sukces? 2 złote od osoby to jest dosłownie nic – oczywiście w ogólnym rozrachunku pani Alicja otrzymała pomoc, jednak w skali Polski i osób potrzebujących, te 2 złote wygląda śmiesznie. Sytuacji takich jak ta, jest setki każdego roku.

 

    A wystarczyłoby, aby każdy Polak raz do roku odłożył 10 zł do koperty o nazwie ”Pomoc potrzebującym” i czekał na sygnał z kraju, że gdzieś tam jest osoba, która na te pieniążki czeka. 10 złotych, to mniej niż paczka papierosów, dwie paczki chipsów, kanapka w McDonaldzie i cztery piwa. Tylko tyle wystarczy, aby każdy potrzebujący uzyskał pomoc niezależnie od państwa i tworzenia własnych fundacji. Przy założeniu, że milion ludzi postąpi zgodnie z tą prostą zasadą, można by pomóc ponad dziesięciu tysiącom osób w potrzebie, błyskawicznie i bez żadnego obciążenia finansowego.

 

Jeśli i ty kiedyś staniesz się niewidzialny, zrozumiesz dlaczego.

linkologia.pl spis.pl

    Zapadł wyrok w najgłośniejszej sprawie tego roku. Kierowca, który pod wpływem alkoholu i narkotyków zabił sześć osób otrzymał dwanaście lat więzienia z możliwością ubiegania się o warunkowe zwolnienie po odbyciu kary dziesięciu lat. Rysunek, który zamieszczałem – zrobiony z żartem – okazał się trafną przepowiednią. Co innego nurtuje mnie przy okazji tego wyroku. Portale huczały od informacji dotyczących tej tragedii, na wielu z nich był to temat typu „prime”, politycy zapowiadali zmiany w prawie, rozprawienie się z plagą pijanych kierowców… tak, była to najgłośniejsza tragedia. A teraz?

 

    Jedynie portal tvn24 zamieścił wzmiankę o wyroku, i to nie priorytetowo, a gdzieś w tle, głęboko ukrytą, mało tego pod tytułem całkowicie mylącym „Jesteśmy teraz małą rodziną”, aby nikt przypadkiem nie znalazł informacji o bardzo kontrowersyjnym wyroku. Pozostałe media internetowe milczą całkowicie – sprawdziłem Onet.pl, WP.pl, rp.pl – nigdzie nie ma widocznej informacji o wyroku. Co w tym ciekawego? Idą wybory, a media  są tak bardzo pod kloszem władz, że nikt nie chce się wychylać, aby nie została wypomniana deklaracja zapewnienia nam, obywatelom, bezpieczeństwa!

 

    Bo tu chodzi o bezpieczeństwo – sąd uznał, że ów zabójca działał nieumyślnie, i przez przypadek zabił sześć osób. Reasumując zdarzenia: nie wiedział, że pił i brał narkotyki i że pod ich wpływem może stracić kontrolę nad pojazdem. Świetnie, wobec tego dlaczego w ogóle został skazany, skoro nie chciał zabić? Przecież to był zwykły wypadek według sądu.

 

    I jak mamy podróżować po naszych drogach, wiedząc że niechcący każdy może zasiąść za kierownicę, a politycy kryją się jak mogą za przepisami, zamiast je zmienić? Współczuję rodzinie poszkodowanej w tej tragedii, bo sprawiedliwości z pewnością nie zaznali.

Państwowe, czyli niczyje 20. października 2014 10:12:00 Komentarze (0)
linkologia.pl spis.pl

   W czasach PRL szczytem dobrobytu była praca na posadzie w administracji państwowej albo w służbach mundurowych. Wiązała się ona z dodatkowymi grantami, znacznie większymi niż wszystkie inne „państwowe posady”, i nie były to tylko „trzynastki” czy „wczasy pod gruszą”, ale znacznie większe możliwości załatwienia rzeczy trudno dostępnych albo takich, które były marzeniem. Nie tak dawno, bo dwadzieścia trzy lata temu, prywatyzacja sprawiła, że budżetówka zaczęła zarabiać znacznie mniej w porównaniu do sektora prywatnego, i to ten właśnie sektor cieszył się powodzeniem i gwarantował dumę.

 

    Kto z nas nie pamięta zazdrosnego stwierdzenia „pierniczony prywaciarz” na człowieka pracującego w pocie czoła od rana do nocy, aby swoją firmę wznieść na wyżyny egzystencji rynkowej? Prywaciarze w krótkim czasie osiągnęli niebywały sukces, a dało się zarobić na wszystkim; od handlowania papierem toaletowym do produkowania czegokolwiek, bo w Polsce wszystkiego brakowało.

 

    Teraz sytuacja się odwróciła, i bynajmniej nie z winy zmian ustrojowych, ale mentalności polaków stojących na szczycie władzy. Gdzieś w ich głowach jest zakodowany system, od którego nie mogą się uwolnić, i „państwowość” największych przedsiębiorstw stawiają na piedestale swoich celów. Niestety, w sukurs ich „widzimisię” dziesiątki tysięcy pracowników domagają się podwyżek… bo państwowe pieniądze są niczyje.

 

    Wyobrażacie sobie sytuację, kiedy pracownicy LIDLA albo Biedronki wychodzą na ulicę, bądź blokują siedzibę firmy, tę polską, bo mają za dużo godzin pracy lub zbyt małą pensję? Albo czy jest możliwe, by grupka ludzi w biurze reklamy zaniechała pracy, żądając podwyżki? Oczywiście, nie ponieważ prywatna firma to doskonale zbudowany mechanizm, gdzie każdy zna swoje miejsce i prędzej zmieni pracę w poszukiwaniu lepszych warunków, niż narazi się na zwolnienie dyscyplinarne.

 

    Związki zawodowe stoją ponad prawem logiki – otóż instytucje, w których egzystują, są firmami jak każda inna, ze strukturami… a nie, wróć, to nie ta bajka. To darmozjady, relikwie starego systemu, w którym nikt nie dbał o jakość, kulturę i rentowność. ZUS, US, PKP, LOT, Kopalnie, Szpitale… wszystkie te ogromne przedsiębiorstwa są zarządzane w zły sposób, ludzie zatrudnieni na posadach państwowych pracują gorzej (kto próbował załatwić coś w US albo ZUS ten wie…), nikt nie dba o ich wizerunek jak to ma miejsce w prywatnych firmach, a jednak mimo strat, ogromnych strat, są sztucznie utrzymywane przy życiu.

 

    Mechanika jest prosta: w pierwszej kolejności trzeba utrzymać miejsca pracy…, bo inaczej w przypadku bankructwa dziesiątki tysięcy Polaków wyląduje na bezrobociu, a to zła statystyka przecież. Drugim ogniwem chroniącym ten system przed zatonięciem jest przekonanie, że bez tych firm gospodarka krajowa się zapadnie. Podobnie myślano o mleczarstwie i masarstwie, a mimo to półki sklepowe uginają się od wędlin i serów. Rządzący na siłę chcą zapomnieć, że w gospodarce wolnorynkowej nie ma czegoś takiego jak „próżnia” – boją się za to prywaty, czyli prywatnej służby zdrowia, prywatnych kopalni (rentownych), prywatnych kolei i usług pocztowych.

 

    W ten sposób zatacza się błędne koło: nierentowne firmy, które przez fatalne zarządzanie, wygórowane płace osobom z zarządu, roztrwanianie pieniędzy na fikcyjne przetargi albo lipne usługi wciąż funkcjonują, co daje ich pracownikom poczucie bezkarności. Dlatego pozwalają sobie na niepracowanie poprzez strajk i wymuszanie od swoich przełożonych (premiera – w tym przypadku) podwyżki czy dodatkowych urlopów. Biorą tak naprawdę nasze pieniądze i jest im z tym dobrze. Liczne patologie powstałe w ten sposób stanowią jedynie naturalną konsekwencję funkcjonowania tych firm. Niestety, Polak potrafi i sytuacja zaczyna przenosić się na grunt prywatny, i choć strajków nie ma pewne rzeczy rujnują gospodarkę.

 

    Jako że prawo musi być równe dla wszystkich, tako z budżetówce i w prywatnym sektorze urlopy są identyczne. Ba!, są identyczne (prawie) i dla kobiet i mężczyzn, a że rząd nie dba o funkcjonowanie swoich firm, i rozdaje ustawy o urlopach bez konsekwencji, firmy prywatne zaczynają odczuwać ten ciężar, zwłaszcza małe.

 

   Jako doskonałą sytuację traktowania prywatnej firmy jak państwowej przytoczę przedsiębiorstwo znajomej, która prowadziła je od dwudziestu lat i zawsze świetnie prosperowało. Zatrudniała nowe pokolenie kobiet, w młodym wieku – cztery osoby. Niefortunnie, wszystkie zaszły w ciąże w tym samym czasie, i od razu dochodziły swoich praw, włączając w to zwolnienie L4, które lekarz (państwowy) wypisał lekką ręką. W ciągu miesiąca znajoma straciła wszystkich pracowników, a zatrudnienie nowych w ogóle nie wchodziło w rachubę, gdyż przeszkolenie ich i wprowadzenie do firmy stanowiło przeszkodę nie do pokonania, a jakby tego było mało, generowało to dodatkowe koszty związane z urlopami ciężarnych. Daję sobie rękę uciąć, że gdyby którakolwiek z tych pań prowadziła własną działalność, dzień przed porodem byłaby w pracy i pilnowała firmy. Żeby było jasne – nie jestem przeciwko kobietom, ani ciążom, ale każdy wykorzystuje swoje przywileje na ile to możliwe. Owe przywileje rozdaje rząd – nie ludzie doświadczeni w pracy, w prowadzeniu firm, tylko związki… państwowe.

 

    Tymczasem coraz więcej miejsc pracy tworzy się właśnie w sektorze publicznym, jakby rząd chciał ratować statystyki bezrobocia, co z kolei jeszcze bardziej rujnuje budżet państwa, a przy okazji rozleniwia obywateli, bo w budżetówce nadal panuje przekonanie, że czy się stoi czy się leży, średnia krajowa się należy.

 

    Napisałem to z powodu górników – którzy muszą być górnikami, bo ojciec był górnikiem i dziadek też. Nie zmienią oni swoich kwalifikacji, nie będą się rozwijać, nikt górnictwa nie uratuje, bo prywatne firmy z zagranicy (prywatne!) są lepiej zarządzane i bardziej rentowne, dlatego oferują tańszy węgiel. Oni domagają się „nielikwidowania miejsca pracy”. Dziwne to roszczenie, gdyż firma w której pracuję (prywatna!), bankrutuje i nie mam komu zakazać jej likwidacji. Czas wybrać się na państwowo posadę… tylko znajomości brak.

 

 

Nowy minister, stare grzechy 08. października 2014 08:49:00 Komentarze (0)
linkologia.pl spis.pl

     Od kilkunastu dni na czele rządu zasiada nowy premier, kobieta, Ewa Kopacz. Optymiści widzą w jej osobie, nie tylko ze względów politycznych, świeżość która przyniesie zmiany na lepsze. Dowodem tych zmian jest z pewnością expose pani premier. Czy faktycznie można z radością patrzyć w przyszłość i mieć nadzieję, że obietnice wysłane do narodu zostaną spełnione?

 

     Co powołanie nowego rządu, nowe rzeczy są wymieniane do zrobienia, ulepszenia – w tym roku dowiedzieliśmy się, że powstaną nowe autostrady, nastąpi zmiana ordynacji podatkowej, urlopy dłuższe dla mam i ojców, i że kolejki się skrócą za sprawą powołania ponad trzech tysięcy specjalistów do szpitali. Nawet laik będący na bakier z funkcjonowaniem kraju musi wiedzieć, że aby coś komuś dać, komuś to trzeba zabrać. Ponieważ budżet Polski, ani żadnego innego kraju, nie jest z gumy, nie da się go rozciągać dowolnie, więc koszty związane z zatrudnieniem tych specjalistów albo wysłanie rodziców na dłuższy urlop będą pokryte z tego, co jest dostępne. Ktoś na tym straci, i o tym nowy rząd milczy.

 

     Brakło w expose planów stymulowania gospodarki, zwiększenia eksportu, produkcji krajowej, czegokolwiek co zwiększy wpływy budżetu państwa – w przeciwieństwie do Donalda Tuska, który obiecał drugą Irlandię (czyli te, jakże potrzebne rzeczy), pani Ewa Kopacz naobiecywała równie wiele dać, ale zapomniała poinformować, skąd weźmie potrzebne kwoty.

 

     Rozdawanie na prawo i lewo jest powszechną praktyką świeżo wybranych rządzących. Robią to lekką ręką, rozdają jak lekarstwo na uspokojenie zszarganych nerwów obywateli. W Polsce ten grzech jest powtarzany z niebywałą upartością i obywatele przywykli do bajek, biorą je w ciemno. Tylko nieliczni, w komentarzach czy artykułach, zadają sobie pytanie: jak ma się to udać tej kobiecie, skoro jej poprzednikowi nie wyszło przez tyle lat? Odpowiedź jest prosta: nie uda się.

 

     Wybory prezydenckie odbędą się w przyszłym roku, Platforma Obywatelska – jeżeli wierzyć sondażom, przegrywa z PiS, więc kobieta, z łatwością zgarniająca nowy, parytetowy elektorat, jest mocną kartą podczas nadchodzącej rozgrywki, zaś obietnice zmian to solidny blef. Być może postawienie tej pani w roli osoby rozgrywającej stanowi znaną zagrywkę – rozdawanie obietnic, porażka po wyborach i jest okazja, aby Kopacz wykopać?

 

     Jeśli ona nic nie zmieni, nie podoła, prawdą będzie, że jedyną realną siłę zmian posiadamy my, obywatele, ale nie mamy czasu na takie pierdoły jak manifestacji i obalanie rządu, więc poczekamy na nowy pakiet obietnic. Nadejdą już za rok!

mercedesrentk65 | nastroje | maja21 | ecommerce | onatoja | Mailing